Jak dobrze znowu być w Bangkoku

Wielkim boeingiem 767 lecimy do Bangkoku. Samolot jest pełny. Dostaliśmy świetne miejsca, w środkowej części samolotu w pierwszym rzędzie. Możemy swobodnie wyciągnąć nogi, co przy dziesięciogodzinnym locie robi różnicę.

Usiłuję spać, ale chyba nic z tego nie będzie. Na wielkim ekranie, który mamy prawie przed nosem, wyświetlają się filmy. Wolę posłuchać sobie muzyki. Znalazłam „stację” z fajnymi kawałkami, wszystko z lat 70-tych i 80-tych. Stara dobra klasyka. A Whiter Shade of Pale (Procol Harum), Nights in White Satin (The Moody Blues), Wuthering Heights (Kate Bush) i cała masa innych.

W tak zwanym międzyczasie dostajemy coś do jedzenia: soki, mini posiłek (makaron z kurczakiem, sosem i zielonym groszkiem + sałatka ze świeżych ogórków i jednej! oliwki, bułka, masło, jakiś cukierek, ciepły napój), woda, woda, sok, drugi mini posiłek (rodzaj jakiegoś naleśnika z sałatką, jogurt, bułka, mufinka), woda, itd. Głodni nie jesteśmy, zdecydowanie.

W końcu za oknem migoczą światła olbrzymiego lotniska Suvarnabhumi w Bangkoku. Dolecieliśmy. Hooray! Nietrudno zgadnąć, gdzie w pierwszej kolejności pognał Nigel..

Lotnisko w Bangkoku jest olbrzymie, trzeba naprawdę się nachodzić z jednego miejsca na drugie. Ale dla leniwych są ruchome „chodniki”.

Suvarnabhumi to jedno z ładniejszych lotnisk, jakie widzieliśmy. Nigdzie nie zobaczycie tylu pięknie kwitnących storczyków.

Nasz dobytek 🙂

Odprawiamy się, wymieniamy na początek trochę euro na tajskie bahty, zjeżdżamy na pierwsze piętro na darmowy shuttle bus. Po wyjściu z lotniska uderza nas masakryczna fala gorąca, trzeba się nauczyć na nowo oddychać.  Ale jest super.

Dojeżdżamy do Public Transport Center, a tam dalej ładujemy się do busika nr 551 (40 THB za osobę), który nas zawozi na Victory Monument. Przechodzimy górą na przystanek po drugiej stronie ronda i za chwilę łapiemy autobus nr 12 (bilet – śmieszne 15 THB za osobę). Starym zwyczajem kierowca wrzeszczy Khao San Road! i wysadza nas nieopodal mekki backpackerów z całego świata. Całą trasę robimy w godzinę i za śmieszne pieniądze, jest nieźle.

Tak dla jasności: 1 zł = około 10 THB (baht tajski), czyli dla wygody wszystko dzielimy przez 10.

Kierujemy się na Soi Rambuttri i znajdujemy stary znajomy guesthouse Lamphu House. Ponieważ nasz pokój będzie gotowy dopiero za dwie godziny, zostawiamy bagaże w poczekalni. Całe szczęście, ze zrobiliśmy wcześniej rezerwację online, bo nie ma już wolnych pokoi. Nic dziwnego, to bardzo fajne i popularne miejsce w tej okolicy.

Idziemy na mały rekonesans, trzeba też coś zjeść. Nasz pierwszy posiłek prawie wypalił mi buzię! Ale był naprawdę pyszny: ryż z wołowiną i warzywami + zapiekana dynia (świetna), prosto z garkuchni tajskiej babci na rogu Soi Rambuttri. I za jedyne 30 THB za osobę.

Trochę włóczymy się po Khao San Road i okolicach w poszukiwaniu agencji, w której kupimy bilety na jutrzejszy wypad na pływający market. Znajdujemy najtaniej za 250 THB od osoby i bukujemy bilety na jutro rano.

Ponieważ dopadły nas objawy jet leg, idziemy spać.

Po południu zaskoczył nas deszcz, z góry lunęła ściana wody, postanawiam więc skorzystać z kawiarenki internetowej i powpisywać trochę radosnej twórczości na bloga. Robię też check-in na nasz lot do Krabi, który mamy za dwa dni i drukuję karty pokładowe Air Asia.

Ulewa trwała jakieś 15 minut, po czym znów jest parno i gorąco. Wieczorek zamierzamy spędzić włócząc się po Bangkoku. Czas też wynaleźć coś dobrego do jedzenia, bo już porządnie zgłodnieliśmy. Uliczne garkuchnie w okolicy Khao San oferują mnóstwo pysznego i taniego jedzenia. A ten zapach.. om nom nom nom.

Wszędzie też można kupić smakowite tropikalne owoce, które u nas niestety ciężko dostać. Tak, tak, korzystamy ile wlezie.

To różowe w środku to „dragon fruit” czyli smoczy owoc, zwany też pitają lub truskawkową gruszką. Po prawej oczywiście nasz ulubione mango.

Włochate rambutany, te dopiero są pyszne!

Na pierwszy ogień tego wieczoru poszedł oczywiście mój ulubiony pad thai.

Pyszne sajgonki i mięsne szaszłyki.

W parze z pysznym tajskim jedzeniem oczywiście idzie tajskie piwo, które w najlepszej cenie zakupujemy w lokalnej sieci 7-Eleven.

A potem jeszcze testujemy uliczne bary, których jest tutaj bez liku.

Pierwszy wieczór w Bangkoku udał się znakomicie.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.