Pierwszy raz na Phuket

Już przed wejściem na pokład samolotu w Doha część pasażerów pokazało swoje okropne maniery. A niezły cyrk zaczął się w samolocie.  I tym razem absolutnie żadne „Janusze” czy „Wałodje”, tym razem mieliśmy okazję poznać zwyczaje tubylców, tudzież ich ziomków z sąsiednich krajów. Biegają,  szukają miejsc,  blokują innym przejście,  chcą zamieniać miejsca na inne, ile razy mnie potrącili w łokieć,  tylko ja wiem. Nigel podsumował – „Bunch of idiots, just f***ing sit down!” To po prostu trzeba było przeżyć i zobaczyć na żywo,  istny chaos. Z tego powodu również wylądowaliśmy w Tajlandii z półgodzinnym opóźnieniem.

Podróż z Doha na Phuket była masakryczna. To było najdłuższe 6,5 godzin ever, męczące i niewygodne. Nawet jedzenie mi tak nie smakowało  jak w pierwszą stronę. Jeśli będziecie mieć kiedyś wybór samolotu,  to omijajcie szerokim łukiem Dreamliner Boeing 787-8! Strasznie ciasne siedzenia i mało przestrzeni na nogi.  Niestety,  nie dane nam było polecieć Airbusem 380.. Włodek i Chris, zazdroszczę Wam okrutnie.

Wszyscy oddychamy z ulgą,  gdy w końcu lądujemy na Phuket International Airport.

Lotnisko całkiem małe, za to kupa ludu kłębi się w kolejkach do immigration. Na szczęście poszło szybciej,  niż się zapowiadało.

Teraz biegiem po bagaż i na wszelki wypadek klepiemy zdrowaśki, co by tym razem bagaż doleciał w całości.  Doleciał! God exists!

Trzeba jeszcze zaliczyć lotniskowy Exchange, znów złodziejski kurs, ale musimy troszkę twardej waluty $ wymienić. Wychodzimy z lotniska i tu miła niespodzianka – widzę swoje piękne nazwisko na tabliczce dzierżonej w dłoni przez młodego uśmiechniętego Taja. Jak miło,  że hotel nie zapomniał,  że dziś przejeżdżamy..

Czeka nas jeszcze godzina jazdy wielkim i wygodnym vanem, bo będziemy mieszkać na prawie drugim końcu wyspy, w Kata Beach. Docieramy bez problemu,  jest już ciemno,  bo jak wiadomo o godzinie 18:00 tajskie słońce zachodzi za horyzont.  Witają nas bardzo sympatyczni gospodarze,  krótkie info „co, gdzie, jak i kiedy” i w końcu lądujemy w naszym apartamencie.  Jest super.

Dziewczyny padają nieżywe, nigdzie nie chcą już iść, tylko marzą o łóżku.  Zostawiamy je w hotelu,  a sami idziemy obadać szybko okolicę i  znaleźć jakieś miejsce do jedzenia. Lądujemy w pobliskiej lokalnej żarciowni i cieszymy się tajskim jedzonkiem. Bierzemy dziewczynom na wynos,  a na koniec odwiedzamy znajome 7 Eleven w wiadomym celu.. Nigel przecież od paru dobrych godzin nie marzy o niczym innym, jak o zimnym piwie Chang. Dla mnie proszę czarny „Spy”.

Może Ci się również spodoba

4 komentarze

  1. iwo pisze:

    Ilonka, co to ten czarny napitek? nie znam! 🙁 co do „drimlajnerow”, o ile mi wiadomo tylko załogi sa nim zachwycone, że taki przyjazny do pracy, reszta – czyli paxy – klnie, jak Wy! 🙁

    • Ilona pisze:

      Ten napitek nazywa się „Spy”, jest to rodzaj musowanego wina, idealny do picia jest z lodówy, są różne smaki, moje ulubione to ten czarny o nieokreślonym smaku ? i mojito zielony 🙂

  2. wlodek pisze:

    Kochani, ziomale z Zatoki to znacznie gorszy przypadek od naszych. Dobrze, że nie piją.
    A poza tym „na zdrowie”.

    p.s. właśnie kupiłem bilety na 21 sierpnia do BKK i dalej Air Asia na Samui. Zarezerwowałem domek w Am Samui Resort … dla córki na podróż poślubną.
    p.s2. no to idę zjeść pyszny sweet and sour with chicken mojej własnej produkcji

    • Ilona pisze:

      Ależ cudowny prezent! W sierpniu pogoda na Samui powinna być jak żyleta, czego Młodym życzymy ?
      Widzę, że ciężko wytrzymać bez azjatyckiego jedzonka ? Ja na bank po powrocie będę pichcić tajszczyznę, szczególnie, że zwiozę pół walizki przypraw..

Jeśli masz ochotę, oceń lub skomentuj ten artykuł

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.