Dzieeeeeeeeeeń dobry Wietnam!

Z utęsknieniem czekaliśmy na ten dzień, w którym znowu spakujemy manatki i powłóczymy się w świat. I jak zwykle, nie będzie to leżenie plackiem na plaży czy też przy hotelowym basenie. Chociaż, może trafią się ze dwa takie dni na podładowanie akumulatorów. Tradycyjnie jednak, większość czasu zamierzaliśmy spędzić eksplorując nieznane nam tereny i poszukując przygód. Czyli tak, jak najbardziej lubimy.
Wietnam, Wietnam.. wciąż nie mogliśmy uwierzyć, że tam zmierzamy. Kolejne państwo z naszej azjatyckiej listy „to do”.

Na Okęcie tradycyjnie pojechaliśmy Plus Busem. Wygodnie i tanio jak barszcz, 8 złotych za dwa bilety upolowane w promocji, z Białegostoku prosto na lotnisko. Z racji korków na trasie kierowca zrobił objazd i jechaliśmy fajną drogą wśród iglastych lasów. Mieliśmy sporo czasu, więc kilkanaście dodatkowych kilometrów to żaden problem. Szkoda tylko, że nie dopisało towarzystwo w autobusie. Obok nas dwóch młodzieńców przez całą podróż prowadziło ożywioną dyskusję o wszystkim i niczym, używając takiej ilości wulgaryzmów, jakiej w życiu nie słyszałam. Równie gadatliwa była trzyosobowa rodzinka zza wschodniej granicy siedząca za nami, a szczególnie 5- czy 6-letnie dziecię. Dobrze, że miałam słuchawki w uszach. Riders of the storm.. tum tu du dum..

Lotnisko Chopina, Warszawa

Na Okęcie dojechaliśmy dobrze po czternastej. Mieliśmy ochotę zjeść coś ciepłego, zatem standardowo odwiedziliśmy McDonald’s – jedyną żarciownię na lotnisku, w której nie przyjdzie zbankrutować. Odprawę zrobiłam już wczoraj online, więc tylko pozbyliśmy się bagażu i szybko odebraliśmy karty pokładowe. Bagaż – jak zwykle perfekcyjnie przeze mnie spakowany. Obie walizki okazały się ważyć równo po 14 kg. Ma się ten zmysł. W Wietnamie czeka nas od razu lot wewnętrzny liniami Vietjet Air z Hanoi do Da Nang, gdzie mamy wykupione tylko 15 kg bagażu. Oczywiście, jak znam życie, do Polski będziemy wracać z 30-kilogramowymi walizkami.

Przejście przez security było tym razem bezproblemowe. Nic nie zapiszczało, żadnego przymusowego macania. Od razu wróciły wspomnienia z naszego ostatniego wyjazdu z przyjaciółmi do Maroka i akcji pt. „Gosia, security i jej metalowe spinki do włosów”. Ależ wtedy się działo! Aż mi się gęba sama śmieje. A teraz nawet pies z kulawą nogą nie zainteresował się moimi płynami (ponad 100 ml), które zapomniałam wyciągnąć z podręcznego plecaka. Okęcie żegnało nas na zmianę deszczem i słońcem.
Zapakowaliśmy się do Boeinga należącego do Qatar Airways – linii, które od paru tygodni chełpiły się szczytnym tytułem „The best air lines of 2017”. I wiecie co? Miały pełne do tego prawo, ponieważ obsługa jest świetna, a jedzenie i napoje wyskokowe na wypasie. Po drinkach z sokiem ananasowym od razu szybciej minął pierwszy odcinek podróży Warszawa-Doha.

Say „hello” to Teddy Bear!

Poznajcie największego i najdziwniejszego miśka na międzynarodowym lotnisku Hamad w Katarze. A kto wie, może i na świecie. Do dziś nie wiem o co chodzi z tą lampą na głowie.

Na lotnisku o dziwo była przyzwoita temperatura. Klimatyzacja nie szalała tak jak rok temu, gdy podróżowaliśmy we czwórkę do Tajlandii i wszyscy dostaliśmy kataru. Znów zrobiliśmy kilometry na ruchomych chodnikach..

Kolejny odcinek trasy pokonaliśmy dreamlinerem. Bardzo wygodnie, skarmili nas kilka razy. W menu – do wyboru i do koloru. Wszystko smaczne. A pyszne drinki z lodem sprawiły, że wpadliśmy w błogi sen i kolejne 6,5 godziny minęło bardzo szybko.

Suvarnabhumi International Airport, Bangkok, Tajlandia

Po raz nie wiem już który wylądowaliśmy na lotnisku Suvarnabhumi w Bangkoku. Tajlandia bardzo miło nas przywitała. Jak zawsze wszędzie storczyki i uśmiechy. Pokonaliśmy spokojnie ponad 2 km tranzytem. Całe szczęście, że połowę z tego na ruchomych chodnikach. Dwie godziny przesiadki minęły błyskawicznie i zapakowaliśmy się do kolejnego dreamlinera, którym odlecieliśmy do stolicy Wietnamu – Hanoi.

Noi Bai Airport, Hanoi, Wietnam

Chciałyby się krzyknąć „Gooooooooood morning Vietnam!” jak to czynił Robin Williams w fantastycznej produkcji filmowej z 1988 roku. Ale.. jako że dolecieliśmy o 16:46, to na potrzeby sytuacji zmieniliśmy na „Gooooooooood afternoon!” 😉

Na lotnisku w Hanoi bardzo długo czekaliśmy na bagaże. Tłum ludzi z czterech samolotów gromadził się przy jednej taśmie i już zaczęliśmy się martwić, że nie zdążymy na kolejny lot do Da Nang, który mieliśmy za 2,5 godziny. Na szczęście walizki wyjechały na czas. Uffff.. kamień z serca.
Dojechaliśmy shuttle busem na krajowy terminal 1, odległość od terminalu międzynarodowego to około 1 km. Wymieniliśmy setkę dolarów na wietnamskie dongi i w tym momencie poczuliśmy się milionerami. W ręce trzymałam ponad dwa miliony lokalnej waluty 😀 Tak zupełnie informacyjne: 1 000 000 dongów (VND) = około 177 złotych.

Kolejna odprawa. Chyba nas polubił personel, bo dostaliśmy miejsca przy wyjściu ewakuacyjnym, gdzie jest full miejsca na wyciągnięcie nóg. Lot realizowany przez Vietjet Air minął wygodnie i błyskawicznie (kolejna godzinka i 15 minut).

Queen’s Finger Hotel, Da Nang

Ostatecznie, po ponad 30-godzinnej podróży i zaliczeniu w sumie pięciu (!) lotnisk, późnym wieczorem dotarliśmy do Da Nang. To fajny, nowoczesny, nadmorski kurort w środkowym Wietnamie, od którego zamierzaliśmy rozpocząć naszą włóczęgę. Krótka przeprawa z taksówkarską mafią, która jest chyba wszędzie na całym świecie, i dojechaliśmy do naszego hotelu o wdzięcznej nazwie Queen’s Finger. Zabawimy tu kilka dni.

To jednak nie był koniec dzisiejszego farta. Recepcjonista, wręczając nam klucze do pokoju z uśmiechem na twarzy oznajmił, że dostaliśmy free upgrade. I tym sposobem wylądowaliśmy na 11 piętrze w kilkakrotnie droższym pokoju dla nowożeńców (haha!) z piękną panoramą miasta. Chyba już na zawsze polubię 13-go..

Póki co nocne widoki z naszego pokoju. Jak miasto wygląda w dzień, mieliśmy przekonać się kolejnego ranka.

Może Ci się również spodoba