Graviola i ulewa na pożegnanie z Seszelami

Nasz ostatni dzień na Seszelach i ostatnie śniadanie, które zostało wzbogacone o nowy owoc. Przyniosła go nam rano nasza gospodyni Flossy. Owoc nazywa się graviola, ale występuje też pod nazwą soursop, custard apple albo guanábana. W polskim języku doczekał się dziwacznej nazwy flaszowiec miękkociernisty. Jedliśmy go pierwszy raz w życiu.

Teraz pewnie chcecie wiedzieć jak smakuje. Otóż bardzo ciekawie, jak mieszanka ananasa i liczi. Przeplatają się jednocześnie dwa smaki – słodki i kwaskowy. Miąższ owocu jest bardzo soczysty i trochę włóknisty.

Flossy i jej Tropical Garden

Nigdzie, na żadnej z seszelskich wysp, nie spotkaliśmy tak przeuroczej, sympatycznej i pomocnej osoby jak Flossy, która jest właścicielką domku letniskowego Tropical Garden Self Catering na Mahé.
Sam domek jest fantastyczny, ma absolutnie wszystko co potrzeba do życia i jest pięknie zlokalizowany w tropikalnym ogrodzie, pełnym cudnych kwiatów i przeróżnych drzew, na których od rana do wieczora trajlują ptaki. Życzylibyśmy sobie zabrać taki domek ze sobą na każdy kolejny urlop, niezależnie od destynacji.

Ostatni dzień na Seszelach

Nasz ostatni dzień na Mahé był inny niż wszystkie. Rano rozszalała się ulewa i przez pół dnia padał deszcz. To zapewne Seszele płakały, że już wyjeżdżamy. Ale pogoda nam zupełnie nie przeszkadzała, bo postanowiliśmy.. po prostu odpocząć.

Przez ten niecały tydzień na Mahé udało nam się zwiedzić co nieco tę piękną i zieloną wyspę, która posiada naprawdę sporo ciekawych miejsc do zobaczenia. Wyspa jest niedoceniona przez wiele osób, które nierzadko twierdzą, że „na Mahé to wystarczą dwa dni”. Samych nazwanych plaż jest tu około czterdzieści. Nie sposób je było wszystkie zobaczyć w tak krótkim czasie, a przecież trzeba się było jeszcze nimi trochę nacieszyć. Jest też stolica Victoria, gdzie zobaczymy mieszankę architektury i gdzie możemy zetknąć się z prawdziwą seszelską kulturą. Wyspa Mahé jest bardzo górzysta i oferuje wiele tras trekkingowych. Ubolewamy, że nie starczyło nam czasu na mały wypad na górskie szlaki.
Ale wszystko co dobre, niestety kiedyś się kończy. Chociaż i tak zabawiliśmy na Seszelach dość długo, całe 15 dni.

Mam nadzieję, że dzięki zamieszczonym na naszym blogu fotografiom udało się oddać choć trochę piękna tych wszystkich wysp, które zwiedziliśmy. Naprawdę, warto przylecieć na Seszele przynajmniej raz w życiu. Aczkolwiek, najpierw zalecam kupić świnkę skarbonkę 😉 i zacząć powoli odkładać, bo tanio nie jest!

Seychelles International Airport

Wieczorem przyszło już pożegnać się z przemiłą Flossy i opuścić Tropical Garden.  Opłata za taxi tym razem zabolała, całe 500 rupii (137,71 zł). Niestety, ale dzielnica La Misere jest dość oddalona od lotniska.
Po godzinie 21:00 dotarliśmy na mały i nietypowy port lotniczy na Mahé. Lot do Dubaju miał być przed północą. Trochę ponarzekaliśmy, bo to chyba jedyne lotnisko, gdzie przyszło nam czekać na odprawę w strefie bez klimatyzacji i było bardzo duszno.

Dubai International Airport

Bezproblemowo dolecieliśmy do Dubaju. Tam po trzech godzinach czekała nas przesiadka na samolot do Warszawy, a w międzyczasie odbyliśmy rytualny spacer po Duty Free.

Po przyjemnym locie liniami Emirates, w południe wylądowaliśmy na Okęciu. A po kolejnych kilku godzinach jazdy szczęśliwie dotarliśmy do Białegostoku. Home sweet home!

P.S. Kochamy takie widoki z samolotu.

Może Ci się również spodoba