Relaksowo na Khao San Road i Soi Rambuttri

W końcu, po długiej i niezbyt przyjemnej podróży, wylądowaliśmy na lotnisku Suvarnabhumi w Bangkoku. Ile razy już tu byliśmy? Chyba straciłam rachubę. Lotnisko jest przeogromne i jak zawsze pięknie przyozdobione storczykami. Żeby dojść do Immigration, czekają nas kilometry do pokonania, ale na szczęście wszędzie są jeżdżące chodniki, które bardzo ułatwiają przemieszczanie się po lotnisku.

Nowością od ostatniego razu, gdy byliśmy w Bangkoku, jest skanowanie odcisków palców. U mnie poszło gładko, za to Nigela urządzenie najwyraźniej nie polubiło, bo nawet po przemyciu rąk specjalnym płynem, nie mogło zeskanować. Nie mniej jednak, nikt nie miał z tym problemu.
Najważniejsze, że bagaże dojechały w całości, bo wszystkiego po UIA mogliśmy się spodziewać.
Wymieniliśmy trochę zielonych na bahty tajskie, oczywiście po złodziejskim lotniskowym kursie (1 USD = 30 THB), ale trochę gotówki potrzebne było na transport.

Dojazd z lotniska Suvarnabhumi na Khao San Road

Zjechaliśmy piętro niżej, gdzie znajdą się terminale autobusowe. Teraz nie ma już żadnego problemu, żeby tanio dostać się w okolice Khao San Road. Nie trzeba kombinować z Airport Link, taxi, autobusami czy łódkami. Teraz jest autobus S1, który jedzie prosto na Khao San. Kursuje codziennie co pół godziny, pierwszy odjeżdża o 7:00, a cena za bilet to jedyne 60 baht (7,38 zł) od osoby. Mieliśmy szczęście, bo tylko wyszliśmy z lotniska, S1 stał już gotowy do odjazdu.

Jechaliśmy 40 minut, było wygodnie, klimatyzacja działała i wysiedliśmy przy samiuśkiej Soi Rambuttri, gdzie kilka minut później rozpakowywaliśmy manatki w naszej miejscówce.

Sleep Withinn Hotel

Hotel jest nieduży i położony w świetnej lokalizacji na Soi Rambuttri. Pokój – mieliśmy superior double – trochę mały, ale przyjemnie urządzony i ogólnie w porządku. Czysto. Dobre wi-fi. Niestety może tu być dosyć głośno w nocy. Koszt noclegu – 658 baht za noc.

Dodatkowo, hotel ma dobrodziejstwo w postaci basenu na ostatniej siódmej kondygnacji i grzechem byłoby z tego od razu nie skorzystać. Po przyjemnej kąpieli zrobiliśmy sobie trzygodzinną drzemkę, żeby nie dopadły nas skutki jet lag, czyli zespołu nagłej zmiany strefy czasowej (między Polską a Tajlandią jest 5 godzin różnicy w czasie).

Pierwsze jedzonko na Soi Rambuttri zaliczone. Jak zawsze, zaczęliśmy od pad thai, najpopularniejszego dania tajskiego. To pyszny makaron, smażony z kurczakiem lub krewetkami, jajkiem, z dodatkiem kiełków fasoli mung, orzeszków ziemnych i przypraw. Na drugi ogień poszły spring rolls – sajgonki, bo je uwielbiamy.

Khao San Road i Soi Rambuttri

Wieczór spędziliśmy cudownie, odwiedzając stare znajome kąty i włócząc się po Khao San Road i Soi Rambuttri, jednych z najbardziej imprezowych ulic w Bangkoku. Za dnia te ulice są spokojne i prawie puste, ale wieczorem obie kipią życiem do późnych godzin w nocy. Uwielbiamy niepowtarzalny klimat tych miejsc, ten nieustanny zgiełk i tłumy ludzi z całego świata, mieszaninę zapachów z ulicznych garkuchni, niezliczone restauracyjki, bary i kluby muzyczne i wydobywającą się z nich głośną muzykę, uliczne stragany z kolorową odzieżą i wszędobylskim kiczem, salony masażu i tatuażu. Kto tu był, ten wie co mam na myśli. Khao San to również dobra baza wypadowa dla osób zamierzających odbyć dalsze podróże po Tajlandii, ze względu na liczną ilość znajdujących się tutaj agencji podróży.

Chętnych na mięsko z krokodyla nie brakowało.

Tradycyjnie, przysiedliśmy w jednej z licznych knajpek. Jak zwykle, zamówiliśmy piwo Chang dla Nigela, a dla mnie popularny bangkocki „bucket” czyli plastikowe wiaderko wypełnione lodem i alkoholem (do wyboru: rum, wódka lub whisky) i colą lub sokiem. Co kto woli.

Na koniec stwierdziliśmy, że należy nam się porządny masaż na zmęczone stópki. Trafiła nam się wyjątkowo sympatyczna i rozmowna pani masażystka. Po tym, jak usłyszała skąd jesteśmy, powiedziała, że bardzo podoba się jej Zakopane i Tatry, które zobaczyła na zdjęciach pokazanych przez naszych rodaków.

W pobliskim sklepie 7-Eleven odkryłam nowy rodzaj mojego ulubionego tajskiego coolera „Spy” o wdzięcznej nazwie „Butterfly kiss”. Okazał się przepyszny.

Może Ci się również spodoba