Jak podróżowaliśmy z Bangkoku na wyspę Siargao

Począwszy od rana, czekało nas jedno długie pasmo podróży. Musieliśmy przedostać się z Tajlandii na Filipiny, a konkretnie z Bangkoku przez Manilę i Cebu na wyspę Siargao. Czekały nas trzy loty, wszystkie liniami Cebu Pacific. Po przewertowaniu licznych forów internetowych nastawiłam się już psychicznie na potencjalne obsuwy i odwołania lotów Cebu Pacific. Ale wiadomo, człowiek zawsze do końca ma nadzieję, że jego to nie dopadnie. Otóż dobrą radę wam dam – jeżeli planujecie loty po Filipinach, lepiej zawczasu pogódźcie się z tym, że was to nie ominie. Wtedy jakoś łatwiej przełknąć niedogodności.

Wcześnie rano opuściliśmy nasz Sleep Withinn Hotel i ustawiliśmy się kilkadziesiąt metrów dalej w miejscu, które jest tzw. przystankiem autobusowym. Oczywiście żadnego rozkładu jazdy, żadnej wiaty, ani tym bardziej ławki tam nie uświadczycie. Niemniej jednak, wiedzieliśmy że około 7:00 miał się tu pojawić pierwszy autobus S1 jadący na lotnisko Suvarnabhumi. Na nic zdały się triki taksiarzy usiłujących wcisnąć kit, że żaden autobus nie jedzie teraz na lotnisko. Nie omieszkaliśmy uświadomić o tym dwóch kolesi, z których jeden już prawie dał się namówić i jedną nogą wsiadał do taxi. Nie minęło 10 minut  i całą czwórką szczęśliwie zapakowaliśmy się do S1.

Lotnisko Suvarnabhumi w Bangkoku

Na lotniskowej tablicy pojawił się lot z Bangkoku do stolicy Filipin Manili. Na szczęście wszystko planowo. Miła i uśmiechnięta pani z obsługi, zanim wydała nam karty pokładowe, dokładnie sprawdziła nasze bilety na lot powrotny z Filipin. I tu warto zapamiętać – nie wlecicie na Filipiny bez ważnych biletów powrotnych.

W hali odlotów lotniska Suvarnabhumi w Bangkoku podziwiać można ogromne kolorowe posągi strażników-gigantów, których oczywistym zadaniem jest odganianie złych duchów. Ta zielona postać nazywa się Mangkorakarn. Legenda mówi, że był synem Phayi Khon, władcy miasta Romkhal. Był reinkarnacją mistycznego bawołu o imieniu Thoraphee.

Ten jasnofioletowy to Maiyarab, który onegdaj był wodzem gigantów i władcą podziemnego świata. Był odpowiedzialny za porwanie najważniejszego bóstwa Phra Ram.

Manila z lotu ptaka

Sam lot był całkiem przyjemny, trzy i pół godziny minęły nie wiadomo kiedy. Gdy lecieliśmy nad Manilą musiałam zrobić chociaż kilka zdjęć. To miasto przeraża swoim ogromem. Wraz z obszarem miejskim stolicę Filipin zamieszkuje 17 milionów ludzi!

Szczęśliwie wylądowaliśmy na Ninoy Aquino International Airport przy Terminalu 3. Na lotnisku w Manili, jak przestrzegali internauci, podobno miało być przeraźliwie zimno. I co? Guzik prawda, tylko niepotrzebnie ciągaliśmy za sobą bluzy.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy po przylocie było zakupienie lokalnej karty sim z internetem. Wybraliśmy kartę firmy Globe, 8GB + free social media, koszt 899 peso. Świetna sprawa, polecamy każdemu, bo wi-fi na Filipinach jest bardzo słabe albo wcale nie działa. A tak mieliśmy niezależny internet.

W oczekiwaniu na kolejny lot z Manili do Cebu, skusiliśmy się na lokalne „przysmaki” w jednym z lotniskowych barów. Nie dość, że drogie, to dość kiepskie to było. Od razu przypomniały mi się narzekania ludzi w necie, jakie to słabe jedzenie na Filipinach.

Nagle nad lotniskiem rozszalała się najprawdziwsza burza tropikalna i moje rozważania odnośnie tego czy nasze żołądki przeżyją kolejnych kilka godzin przestały być naprawdę istotne. Niebo zrobiło się czarne, wichura wyła niesamowicie i co chwilę waliły pioruny. W pewnym momencie miałam wrażenie, że zaraz odleci dach terminalu. Zrobiło się naprawdę nieciekawie. Dawno tak się nie bałam. Oczywiście wszystkie loty zostały uziemione. Po godzinie burza się uspokoiła, a my ze zgrozą wypatrywaliśmy lotów na ekranie. Nasz się w końcu pojawił, opóźniony prawie dwie godziny, ale najważniejsze, że w ogóle się pojawił. Widmo spędzenia nocy w Manili i utrata porannego lotu z Cebu na Siargao na szczęście znikło.

Lotnisko Mactan-Cebu

Na Mactan-Cebu Airport dolecieliśmy późnym wieczorem. Lot z Manili trwał półtorej godziny.

Ustawiliśmy się grzecznie w ogonku do najtańszych białych taksówek. Po paru minutach jazdy byliśmy już pod drzwiami Jiji’s Hostel, taniej miejscówki, gdzie mieliśmy tylko przespać kilka godzin. Warunki panowały tu bardzo skromne, ale w pokoju było czyściusieńko, działała klimatyzacja i wi-fi, a w łazience była ciepła woda. Równie skromne było poranne śniadanie. Koszt prywatnego pokoju dwuosobowego – 952 peso za noc. Wybraliśmy to miejsce jedynie z uwagi na bliskość lotniska, bo następnego dnia czekał nas kolejny lot – na Siargao.

Z samego rana przeżyliśmy deja vu w postaci lotniska Mactan-Cebu. Tym razem lecieliśmy turbośmigłowym samolotem ATR 72-600. To taki mały śmieszny samolot. Można by go spokojnie nazwać latającym autobusem, bo miał w środku niewiele więcej miejsc niż autobus.
Koszt biletu Cebu Pacific w dwie strony na trasie Cebu-Siargao – 3315 peso za osobę. Czas lotu – 55 minut.

Wyspa Siargao

Czasami, aby dostać się do wymarzonego miejsca na świecie, trzeba trochę się nagimnastykować. Ale wierzcie, warto. Przekonaliśmy się o tym sami, gdy po bardzo długiej podróży ostatecznie wylądowaliśmy na cudownie zielonej wyspie Siargao, która znajduje się chyba na końcu świata! Luknijcie w Google Maps to przekonacie się, o czym mówię.

Maleńkie lotnisko Sayak na Siargao

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.