500 km z przygodami, czyli jak podróżowaliśmy z Panglao na Palawan

Dziś opuszczamy środkowe wyspy Visayas i kierujemy się na wyspę Palawan, która znajduje się w południowo-zachodniej części archipelagu Filipin. Ze względu na swój bardzo przyjemny klimat, Palawan jest jedną z najpopularniejszych destynacji dla turystów. Wyspa jest też osłonięta przed tajfunami, które na Filipinach są częste i nieprzewidywalne. Szczęśliwie, do tej pory wszystkie omijaliśmy.
Piękne plaże, palmy kokosowe, szmaragdowe morze, słońce i wspaniały relaks.. to wszystko nam obiecywano w necie i to wszystko mamy nadzieję znaleźć na Palawanie. Zamierzamy tam stacjonować w dwóch miejscach. Bezapelacyjnie wybraliśmy El Nido – topowe miasteczko w północnej części wyspy i Port Barton – zabitą przysłowiowymi dechami, ale urokliwą wiochę w środkowej części Palawanu.

Panglao

Mieliśmy taki piękny plan. Wstać o ludzkiej godzinie, spokojnie zjeść śniadanko, wymeldować się z hotelu, w kwadrans dojechać na nowe pobliskie lotnisko Panglao International Airport, wsiąść na pokład AirSwift i po niecałych dwóch godzinach delektować się upojnymi widokami El Nido. Piękny plan, który padł po tym, jak wczoraj odwołano nam dzisiejszy lot. Niestety, nie tylko pogoda i tajfuny na Filipinach są nieprzewidywalne, transport lotniczy również.

Przyszedł czas na plan B, który również zaczął się sypać, gdy o umówionej godzinie 7 rano nie pojawiła się opłacona wczoraj taxi. Teraz to już zaczęła się nerwówka na dobre. Pod numerem telefonu w agencji nikt się nie zgłaszał. Nie zostało nic innego jak szybko zamówić kolejną taxi. Pal sześć 500 peso, ważne żeby choć zdążyć na prom do Cebu odpływający o 8:20 z Tagbilaran na Boholu. W międzyczasie wpadł na motorze zdyszany gość z agencji z informacją, że jest problem z samochodem i że będzie może za 20 minut. My na to „Trochę późno mister, inna taxi już jedzie”. Na szczęście okazał się uczciwy i zwrócił pieniądze.
Teraz zostało już tylko dotrzeć na czas do portu. Taksówkarz przyciskał gaz do dechy i robił co mógł, ale na korek – na moście łączącym wyspy Panglao i Bohol – niestety nie miał już wpływu. Na prom wpadliśmy dosłownie „last minute”. Hooray! Hooray! Udało się.

Cebu

Dwie godziny później wysiadaliśmy na terminalu promowym w Cebu. Żeby dostać się z portu na lotnisko Mactan Cebu, trzeba jak najszybciej opuścić teren portu, zignorować stado naganiaczy na transport i ustawić się w długiej kolejce pod prowizorycznym zadaszeniem do najtańszego „białego” taxi. Tym razem bogowie nam sprzyjali, korki były zdecydowanie mniejsze i jechaliśmy tylko 40 minut, a zapłaciliśmy dokładnie 268 peso.
Na lotnisku poszło już bezproblemowo. Lot z Cebu do El Nido na szczęście istniał, dostaliśmy karty pokładowe i pozbyliśmy się walizek. Na luziku już zjedliśmy śniadanie i wypiliśmy dobrą kawę w Starbucks.

Spotkaliście kiedyś kobietę pilota? Rzadkość, prawda? A dwie razem, to już w ogóle. Dlatego Nigel nie mógł odmówić sobie przyjemności wspólnego pozowania z dwiema pilotkami Air Asia.

Niedługo potem poczuliśmy się iście wyjątkowo, gdy po czerwonym dywanie wchodziliśmy na pokład małego samolotu linii AirSwift. Ku naszemu zaskoczeniu samolot był praktycznie pusty. Do tego pachnący nowością i czyściutki. Lot był krótki i bardzo przyjemny, a po 55 minutach zaliczyliśmy lądowanie w odjazdowej scenerii El Nido.

El Nido Lio Airport

Lotnisko w El Nido to chyba jedno z najmniejszych lotnisk, na jakich wylądowaliśmy. Jeśli można poszukać jakiegoś słowa, żeby je dobrze określić,  to będzie to słowo „urocze”. Maleńki terminal, z wysokim ciemnobrązowym drewnianym sufitem, który pięknie kontrastuje z otaczającą go bujną zieloną roślinnością.

Zgodnie ze wskazówkami otrzymanymi  od Johna z Caalan Beach Resort, po wyjściu z lotniska zapakowaliśmy się w małego trycykla, który za 300 peso zawiózł nas do centrum El Nido. Pół godziny jazdy po niezłych wertepach, w niesamowitym upale i z uczuciem jakie posiada sardynka w puszce, to była dopiero przygoda!

Z umówionego punktu w centrum El Nido, którym była siłownia Peak Corner Gym, odebrał nas darmowy resortowy trycykl i po 10 minutach jazdy po niebywale wąskich ścieżkach znaleźliśmy się Caalan Beach Resort.

Caalan Beach Resort

Na kolejne cztery dni zamieszkaliśmy w przestronnym i wygodnym domku otoczonym palmami i pięknymi roślinami.

Sam ośrodek okazał się wyglądać jeszcze lepiej niż na zdjęciach. Świetnie położony przy samej plaży, z widokiem prosto na piękną wyspę Cadlao. Do dyspozycji wybudowany rok wcześniej spory basen. Jadalnia z widokiem na ocean. Do tego super śmigające wi-fi i darmowy transport trycyklem do centrum El Nido, codziennie od 7 do 22. Czego więcej do szczęścia trzeba?

Sympatyczny kierowca resortowego trycykla.

Około godziny 18:30 doświadczyliśmy najpiękniejszego zachodu słońca, odkąd znaleźliśmy się na Filipinach. Szczęki nam poopadały z zachwytu. W tle majestatyczna wyspa Cadlao.

El Nido

Wieczorem zdążyliśmy już porządnie zgłodnieć i pojechaliśmy trycyklem do centrum El Nido w poszukiwaniu jakieś dobrego jedzenia. Samo centrum El Nido nie jest zbyt ciekawe. Zatłoczone, zakurzone, pełne turystów i trycykli z głośnymi klaksonami jeżdżących po wąskich uliczkach. Na plaży spotkacie mnóstwo naganiaczy chcących wcisnąć badziewne pamiątki. Ot, taki urok tego miejsca. Ale wieczorem miasteczko wygląda niesamowicie kolorowo i z prawie każdego miejsca dochodzi głośna muzyka. Wąskimi uliczkami z niezliczoną ilością barów, knajpek i restauracji przetacza się tłum ludzki spragniony jedzenia, picia i dobrej rozrywki. I wiecie co? Wszystko to tu można dostać.

Happy Home Restaurant

Ostatecznie ulokowaliśmy się w Happy Home Restaurant, małej knajpce przy samej plaży, polecanej przez ludzi z forum. Miejsce, nie dość że bardzo przytulne, z nastrojową muzyką, to jeszcze serwujące super jedzenie w całkiem niskich cenach.

Na powitanie dostaliśmy gratisowe czekadełko – talerz pełen pysznych owoców.  Nigel zafundował sobie danie zwane pancit cantoon. Ja wybrałam stek z tuńczyka, który był przepyszny. Zjedliśmy tu naprawdę świetną kolację. Z pewnością to powtórzymy.

W doskonałych humorach wróciliśmy do naszego ośrodka. Po drodze zakupiliśmy jeszcze lokalne napitki.

Jutro będzie gotowy lód do drinków. Te woreczki przywieźliśmy z Siargao. Mamy ich jeszcze kilkadziesiąt 😉

To był wyjątkowo długi dzień, pełen niesamowitych przygód.

Może Ci się również spodoba

Jeśli masz ochotę, oceń lub skomentuj ten artykuł

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.