Pamuayan Waterfalls & Beach. Dżungla, wodospad, rajska plaża i zła meduza

Po dwóch dniach kompletnego lenistwa w Port Barton wstaliśmy wyspani, zrelaksowani i udaliśmy się na kolejne smaczne śniadanko, które mieliśmy w cenie noclegu. Tutejsza restauracja Besaga serwuje takie śniadania, że absolutnie nie da się wyjść głodnym. I dobrze, bo na dzisiaj zaplanowaliśmy sobie wycieczkę po okolicy i trzeba było napełnić żołądki na dłuższy czas.

Mój „banana nutella pancake” czyli naleśnik z nutellą i bananami. Popatrzcie sami, czyż nie jest to prawdziwy majstersztyk? A Nigel stwierdził, że wygląda jak mina lądowa. Zapewne z zazdrości 😉

Pamuayan Waterfall

Do wodospadu Pamuayan postanowiliśmy dojść pieszo. Z informacji wyczytanych w internecie miał to być około półtoragodzinny i niezbyt trudny spacer, najpierw po asfaltowej drodze, potem ścieżką przez dżunglę. Spakowaliśmy plecaczki, załadowaliśmy dużo wody i ruszyliśmy przez miasteczko do asfaltowej drogi.

Ławka zarezerwowana dla emerytów.

Koguty – nieodłączny atrybut Filipin. Są wszędzie i pieją 24 godziny na dobę.

Zdążyliśmy ledwie wyjść z wioski i przejść kilkaset metrów asfaltową drogą w masakrycznym upale, a pomysł maszerowania na piechotę szybko upadł. No nie dało się! Droga mocno pod górę, w pełnym słońcu, żadnego cienia, a z nieba lał się niemiłosierny żar. Jeszcze byśmy popadali nieżywi w połowie trasy. Szybko złapaliśmy trycykla i za 350 peso młody chłopak dowiózł nas kilka kilometrów do miejsca, z którego dalej już tylko można było iść pieszo.

Zarejestrowaliśmy się w kajecie, wrzuciliśmy trochę pieniędzy do puszki w ramach „donation” i ruszyliśmy w drogę do wodospadu. Kawałek trzeba było przejść. Trasa była może niespecjalnie wymagająca, przez dżunglę, przez strumyki i po prowizorycznych mostkach, trochę w dół, trochę pod górę. Ot, taki mały trekking, ale w tym upale momentami było ciężkawo. Za to mieliśmy piękne i ciekawe otoczenie. Niesamowicie zielono.

Pamiętajcie, woda na takich trasach to podstawa. Dużo wody. Bo można wypocić sporo litrów.

W końcu doszliśmy do wodospadu Pamuayan. Oprócz paru lokalsów, niewiele osób tu dociera, bo atrakcja jest poza utartym szlakiem. Sam wodospad nie jest zbyt wysoki, ma jakieś 10 metrów. Jest za to bardzo malowniczo położony, a zimna woda była cudownie orzeźwiająca. Chętni mogą powspinać się na skałki i poskakać do wody.

Spędziliśmy trochę czasu na błogim taplaniu się w wodzie, a potem wróciliśmy do punktu wyjścia.

Droga do Pamuayan Beach

Tym razem postanowiliśmy  dojść pieszo do betonowej drogi, od której odchodziła bita dróżka prowadząca do plaży Pamuayan. Tam złapaliśmy drugiego trycykla, który zawiózł nas w okolice plaży. Zapuściliśmy się głęboko na filipińską prowincję. Super sielskie krajobrazy.

To uczucie, gdy parę kilometrów od Port Barton, gdzieś na prowincji, na kompletnym zadupiu, spotykasz.. rodaków. Karolina i Przemek z Gdyni, tymczasowo w trasie przez Filipiny do Australii. Zatrzymali się przy Pamuayan Beach w Evio Front Beach Cottages.

Pamuayan Beach

Przedstawiamy niesamowicie piękną oraz iście rajską plażę Pamuayan. Popatrzcie na te palmy nachylone nad wodą. Cudowne, prawda? Dodatkowo miękki piasek i płytka cieplutka woda. Plaża ma około 2 km długości i jest kompletnie pusta.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z meduzą

Bez dwóch zdań, plaża Pamuayan jest niezwykle urokliwa. I bardzo chętnie schodzimy z utartych szlaków dla takich doznań krajobrazowych.
Nie uwielbiam za to nieprzewidzianych spotkań z meduzami. Otóż brodząc sobie beztrosko po ciepłej wodzie i wgapiając się w te wszystkie cudne palmy, nie zauważyłam czyhającej na mnie, podstępnej, jadowitej meduzy. No i stało się! Przylgnęła swoimi długimi i parzącymi mackami do mojej stopy. Zabolało jak jasna cholera! Poczułam się, jakby użądliło mnie jednocześnie tysiąc rozwścieczonych pszczół. Wypadłam na brzeg z prędkością światła i z takim wrzaskiem, że słyszała mnie chyba cała okoliczna wioska.
Nasz kierowca trycykla, który czekał obok, wykazał się refleksem i szybko mi pokazał, jak użyć piasku, żeby pozbyć się parzydełek ze stopy. Dzięki temu, poparzenie przestało się rozprzestrzeniać. Oczywiście, nie mieliśmy ze sobą octu, który uniemożliwiłby dalsze wnikanie toksyny do skóry i który byłby wybawieniem w tym momencie.  Cała akcja z meduzą trwała może kilkadziesiąt sekund. Nawet nie chcę myśleć, czym mógł się skończyć dłuższy kontakt z parzydełkami..

Mała lekcja po dzisiejszym dniu – w rejonach, o których wiemy, że występuje zagrożenie meduzami – należy zawsze zwracać uwagę, po czym stąpamy w wodzie i patrzeć, czy w pobliżu nie ma tych pływających, przezroczystych i jadowitych skubańców. I jak najbardziej wskazane jest nosić ze sobą małą fiolkę z octem, to wcale nie taki głupi pomysł.

Wieczór w Besaga Beachfront Bed & Breakfast

Po powrocie do Besaga zjedliśmy późny, ale za to bardzo smaczny obiad. Na grillowane mięsko trzeba było trochę zaczekać, jednak warto było. Trochę więcej lokalnego piwka i udało się na moment zapomnieć o nieprzyjemnym starciu z meduzą. Ale ślad „Zorro” na stopie pozostał.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.